Michno na Cyprze

Dziś piszę do was w nietypowych okolicznościach, bo prosto z pociągu.
W końcu udało nam się wyrwać z Nerdy Cookin na odkładany od dwóch lat urlop. Nie byle jaki, bo akurat strzeliła nam dziesiąta rocznica.
Powiecie pewnie, że ludzie tyle nie żyją, ale cóż – widać siedzenie przy konsoli dobrze konserwuje. Cel – wyspa Afrodyty, mityczny Olimp i miejsce śmierci biblijnego Łazarza, czyli Cypr.

Wyjazd nie oznacza, że blog będzie leżał odłogiem. Jeśli internet da radę, postaram się aktualizować ten wpis kolejnymi zapiskami z podróży.

Jako tymczasowa galeria posłuży aktualizowany codziennie feed z Instagramu (nie zawiera Instastories, także wiecie – czas na suba)

Something is wrong. Response takes too long or there is JS error. Press Ctrl+Shift+J or Cmd+Shift+J on a Mac.

DZIEŃ 1

Pobudka o 5.30 i Pendolino relacji Gdynia – Warszawa.

W „strefie ciszy” starsza pani opowiada koleżance o wizycie u endokrynologa. Kiedy po godzinie kończy – obsługa odpala reklamy Warsu.
Jajecznica z szynką na maśle (bo kto bogatemu zabroni) i pomidorowa. Jak zawsze dają radę. Lepiej niż niejedna knajpa.

Warszawa dogorywa po weekendzie. Przed odlotem kawa z Kotem. Stacjonarny Coffeedesk na Wilczej okazał się całkiem spoko. Karolina odwozi nas na lotnisko, co byśmy nie zabłądzili.

Na ok 300 dorosłych pasażerow trafiły się dwa niemowlaki. Zgadnijcie za kim siedzą…
Muszę kupić lepiej tłumiące sluchawki.

Wielopokoleniowa rodzina na urlopie. Dwie siostry próbuja uspokajać, ojcowie tankują przed odlotem a teściowa (matka panów) daje rady stojąc w przejściu. Po chwili dziecko krzyczy, babcia krzyczy, matki krzyczą, a mężczyźni rechoczą znad drinków. I tak całą drogę.
Z ulgą witamy turbulencje, bo wreszcie teściowa siada na swoim miejscu i zapada kilkanaście minut błogiej ciszy.

Lądowanie, choć sprawne, nie doczekało się oklasków. Zamiast tego nagle wszyscy zerwali się do wyjścia. Równocześnie.
Sceny jak na promocji w Lidlu.
Po odczekaniu ok 30 minut na siedzeniach, wyszliśmy spokojnie z pustego samolotu.

Spacer z lotniska do hotelu nieco się wydłużył. Zamiast deklarowanych w ofercie 2km Google pokazało 9. Kocham sport.

Oczywiście zdążyliśmy się zgubić  (grecka numeracja budynków jest dosyć umowna), ale w końcu lądujemy w naszym hotelu. Nawet ładny.


DZIEŃ 2

Larnaka. Typowe greckie turystyczne miasteczko po sezonie. Kilku emerytów próbujących dogrzać się resztkami slońca, miejscowi gotowi sprzedać ci powietrze którym oddychasz za okazyjne 5€. Architektura kurortów – wczesne lata 90, plaże piaszczyste, temperatura (jak na listopad) całkiem znośna. Do 26°C w południe. Miejscowa kuchnia wydaje się dosyć uboga. Widać tu głównie knajpki z owocami morza, lodziarnie i knajpy z „amerykańskimi” stekami i burgerami.Wybieramy się do oddalonego o 5km supermarketu tylko po to, by przekonać się, że lepsze i tańsze jedzenie mamy pod hotelem. Po drodze zaliczamy
miejscowe lody na mleku i miodzie.
Najlepsza mrożona rzecz jaką jadłem, zaraz po tureckiej dondurmie.

Na chwilę poszliśmy się dogrzać na plażę, po czym wróciliśmy odespać podróż i spacer z lotniska.


DZIEŃ 3

Udało mi się wstać o 5.45 na wschód słońca. Połaziłem po plaży, zrobiłem kilka zdjęć i wrociłem w samą porę na posiłek. Przynajmniej wiem po co Oli był potrzebny aneks kuchenny w apartamencie.Wciąż nieco zniszczeni podróżą, wyturlaliśmy się z hotelu sprawdzić godziny otwarcia muzeów, transport do okolicznych miejscowości i knajpy. Koniec końców wylądowaliśmy w sieciówce.

W tutejszym KFC mają popcorn z mięsa.
Tak trzeba żyć.

Meczetu nie zwiedziliśmy – byłem nieodpowiednio ubrany. Pewnie wrócimy za kilka dni.

Na kolację znowu mleczno miodową masę, którą nazywają tu lodami. Tym razem o smaku róży, ale dałbym sobie uciąć rękę że to było mydło.


DZIEŃ 4

W końcu wypoczęci. O 5.30 spacer po plaży i focenie wschodu słońca. Historyczne, bo pierwszy raz razem. Ola wstaje w domu raczej w okolicach 10.

Po szybkim śniadaniu wsiedliśmy w autobus do Ayia Napa na słynną plażę Nissi. Jest dokładnie taka, jak opisują w przewodnikach. Krystalicznie czysta woda w zatoczce z malowniczych skał przechodząca w piaszczyste wybrzeże. Nawet piasek jest tu bielszy niż w pozostałych częściach wyspy.
W związku z tym, że obchodzimy 10 rocznicę, postanowiliśmy zostać na dłużej.Dzień upłynął nam na wylegiwaniu się w słońcu i spacerach na skalną wysepkę. Woda nawet w dużej odległości od brzegu ma tu miejscami maksymalnie metr głębokości. Bez problemu można przejść z torbą fotograficzną czy plecakiem.

Wieczorem odważyłem się zamówić „amerykańskiego burgera”.
Okazał się kotletem mielonym w marketowej bułce z dodatkiem w postaci liścia sałaty i plasterka pomidora. Bez sosu. Całość przed podaniem przekroili na pół.
Nie polecam.


DZIEŃ 5

Nie wiem czy to klimat, czy kwestia ciągłego przebywania na świeżym powietrzu, ale bez problemu wstaliśmy o 5.30 na poranny spacer i zdjęcia o wschodzie słońca. Po porcji spaghetti z grzankami i kilku godzinach opalania wyruszyliśmy zwiedzać Larnakę.Fort okazał się dosyć niewielki, a umieszczone na jego terenie muzeum zawiera głównie zdjęcia tego, co miejscowi zdążyli rozebrać. Ktoś gdzieś ma garaż z bizantyjskich umocnień. Warto przejść się na mury z których widać całe nabrzeże.

Pobliski meczet jest w środku całkowicie współczesny i raczej szkoda na niego czasu. Polecam za to Cerkiew św. Łazarza w Larnace z IXw wraz z kryptą.
Do obu miejsc wstęp jest bezpłatny, ale należy się odpowiednio ubrać. Panowie tylko w długich spodniach, dla pań są okrycia przed wejściem.

Kupiliśmy frappe ale nie przypominała tej greckiej. Raczej zalaną zimnym mlekiem „kawę” rozpuszczalną z saszetki.

Za to lody – idealne o kazdej porze. Tym razem o smaku melona i facebooka.

Wyskoczyliśmy na zdjęcia nocne, choć tlumy turystów nieco utrudniały rozstawienie statywu.


DZIEŃ 6

Poranne fotografowanie wschodu słońca, szybkie śniadanie i wybieramy się do Larnaki na sobotni targ warzywny.
Rzodkiew ma tu rozmiar jabłka a granaty sporych melonów. Ola kupiła jakiś dziwny korzeń (taro), halloumi i okrę. Zamierza gotować. Na urlopie -.-

Po typowo greckim obiedzie udaliśmy się nad słone jezioro. Flamingów nie było, ale za to widzieliśmy Olimp. Krajoraz na wpół wyschniętego akwenu wygląda trochę jak z innej planety.

Wieczorem sprawdziliśmy grecką wersję „szwedzkiego stołu”. Mówiąc „all you can eat” właściciel nie był chyba na mnie przygotowany. Unikając pieczywa, alkoholu i gazowanych płynów mogę przyjąć naprawdę sporo.
Po kilku talerzach aprobata gospodarza zmieniła się w podziw, a następnie przeszła w wyraźne przerażenie.
Pewnie zmodyfikują ofertę.

Na koniec lody o smaku melona. Niezłe.


DZIEŃ 7

Nie ma to jak plaża w Nissi. Mimo ostrzeżeń na blogaskach podróżniczych, kompletnie nie przypomina Mielna. Może w okresie między lipcem a wrześniem. Teraz siedzą tu głównie niemieccy emeryci i rosyjscy informatycy z rodzinami (koszulki firmowe noszą nawet na plaży).
Cisza, spokój i najpiękniejszy kawałek Cypru.
Tym razem przetestowaliśmy miejscową tawernę i muszę przyznać, że dawno nie jadłem tak dobrze zrobionych krabów i ryb. Nadal jednak najbardziej smakowało mi mięso z pionowego rusztu. Co kebs to kebs.

Wieczorem niestety nie załapaliśmy się na zachód słońca nad słonym jeziorem. Autobus miał 40 minut spóźnienia. Nadal zapominam, że godziny na rozkładach nie mają tutaj zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.


DZIEŃ 8

Dzień powrotu. Wschód słońca sfotografowany, torby spakowane i w zasadzie pozostało nam tylko opalanie się i ostatni spacer po wyspie.
Po intensywnie spędzonym tygodniu, trochę już zdążyliśmy zatęsknić za domem. Z drugiej strony jest lekki niedosyt i może tu wrócimy.

Tym razem zamiast czołgać się z torbami – na lotnisko w Larnace podjeżdżamy miejskim autobusem. Odprawa bagażu – poznaję nasze stanowisko po tym , że ludzie stoją w kolejce już pół godziny przed otwarciem. Ostatnie zakupy w strefie bezcłowej, obiad i lecimy. Tym razem zamiast niemowląt – narąbana imprezowa grupka w wieku 30-40. Usiedli na nie swoich miejscach przy wyjściach ewakuacyjnych. Nie chcą się ani przesiąść ani dopłacić za zmianę. Awantura z obsługą przez godzinę lotu.
Naprawdę potrzebuję lepszych słuchawek.

W końcu lądujemy, pakujemy się w taksówkę i jedziemy odespać. Pogoda nie rozpieszcza – 20 stopni różnicy robi swoje.
Jutro tylko kilka godzin w Pendolino i Gdynia, ale nie będę zanudzał detalami. Galeria pojawi się jak przemielę te kilkaset zdjęć :)


Wszystkie zdjęcia wykonano telefonem Nokia 8
fOtOtest tego modelu niebawem na blogu.

Share This!

SKOMENTUJ

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *