Korzystam z demokracji

Czytam opinie na temat najniższej od lat frekwencji (48,8%) i szczerze bawią mnie pretensje, że część obywateli postanowiła skorzystać z gwarantowanej konstytucją wolności w inny sposób niż komentatorzy. Serio? Pomijając poziom tej dyskusji – skąd pewność, że głos został by automatycznie oddany na „waszego kandydata”?

Frank Underwood Democracy

Nikt nie jest zmuszony głosować „przeciw” czy na „mniejsze zło”. To kwintesencja wolności przekonań i wyboru. Nawet, jeśli alternatywa oznacza spędzenie dnia z browarkiem przed telewizorem. To korzystanie ze swoich praw. Nie gorsze niż udział w głosowaniu.

Niska frekwencja świadczy co najwyżej o kandydatach, a nie wyborcach. Powoli staje się oczywiste, że na naszej scenie politycznej jest miejsce dla partii i lidera, którzy mogliby powalczyć o te 51,2% biernych wyborców. Może nad tym warto byłoby się zastanowić zamiast piętnować ludzi, którzy wstrzymali się od wyboru. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie wierzą, że kandydaci mogą cokolwiek zmienić, lub nie ma nikogo kto budziłby ich zaufanie.

Czas pokaże.

Frank Underwood knocks

Share This!

SKOMENTUJ

27 thoughts on “Korzystam z demokracji

  1. Tak samo „masz prawo zachowć milczenie” itd. Tylko w jakiej pozycji cię to stawia? Nie podjęcie decyzji powoduje, że ktoś inny za ciebie tę decyzję podejmie.

    Nie masz kandydata? Nie twoi prezydenci? To pewnie, siedź na tyłku, nie idź na wybory, przeciez twój głos nic nie znaczy, prawda? Demokracja jest dla ciebie przereklamowana tylko dlatego, że udało się różnym władzom włożyć ci do głowy taki właśnie kit.

    Nikt nigdy nie zagospodaruje tych 51 procent, zwyczajnie dlatego, że nie ma sensu konkurować z piwkiem przed telewizorem, a dla większości aparatu władzy nawet lepiej jesli zostaniesz, po co masz iść, jeszcze byś namieszał. A tak to betonowy elektorat pójdzie i będzie dobrze. Na dodatek sam posłuchaj jak to brzmi: nie poszedłem na wybory prezydenta mojego kraju, bo wolałem browara przed telewizorem. Nie trąci to czasem Fredkiem Kiepskim? ;)

    O żadnym z dotychczasowych prezydentów nie powiem, że był moim prezydentem, i patrząc na wyniki pierwszej tury stwierdzam, że ten następny również nim nie będzie. Ale nigdy nie siedziałem na dupie bo to najgorsze co możesz zrobić. W pierwszej turze głosowałem za. W drugiej czeka mnie cholernie trudna decyzja. Ale jeka by nie była podejmę ją, bo jeszcze troche mi zależy.

    Rób co chesz, ale nie tłumacz olewatorstwa, lenistwa i strachu przed decyzją swoimi prawami, bo nie tędy droga.

    1. „Nie podjęcie decyzji powoduje, że ktoś inny za ciebie tę decyzję podejmie.”
      Podejmie je w zgodzie ze swoim systemem wartości i sumieniem. Nie moim. Jeśli zwycięstwo żadnego kandydata nie leży w moim interesie – wynik nie ma dla mnie znaczenia.

      „Nikt nigdy nie zagospodaruje tych 51 procent, zwyczajnie dlatego, że nie ma sensu konkurować z piwkiem przed telewizorem”
      To określa stan sceny politycznej, skoro nawet takiej konkurencji nie podejmuje.

      „Rób co chesz, ale nie tłumacz olewatorstwa, lenistwa i strachu przed decyzją swoimi prawami, bo nie tędy droga.”
      Ja nie tłumaczę moich praw – to są moje prawa. Olewactwo, lenistwo, strach i robienie tego co chcę.

      1. „Podejmie ją w zgodzie ze swoim systemem wartości i sumieniem. Nie moim.”
        Oczywiście. Bo twoje zdanie i sumienie się w tym momencie nie liczy – nie głosowałeś. Sam spychasz się na margines.

        „Jeśli zwycięstwo żadnego kandydata nie leży w moim interesie – wynik nie ma dla mnie znaczenia”.
        Nie mogę się z tobą zgodzić w tej kwestii. Zawsze wynik leży w twoim interesie, nawet jeśli nie jest ci po drodze z kandydatami. Wrócić należy do bolesnego dylematu głosowania „przeciw” – jeśli żaden kandydat ci nie odpowiada, uważam, że należy z własnej strony zastosować „damage control”, stwierdzić który z nich nie pogorszy sytuacji. Tak jak pisałem wcześniej, w pierwszej turze miałem swojego kandydata, w drugiej niestety nie. Ale to nie zwalnia mnie z decyzji i jeśli jeszcze we mnie tli się ta odrobina odpowiedzialności to wręcz nie wolno mi zostawić spraw „swojemu biegowi”.

        A co może prezydent? W szerokim obrazie niewiele, ale zauważ, że weto prezydenckie jest dużo trudniejsze do odrzucnia. Ważne też kto będzie naszym reprezentantem na arenie międzynarodowej oraz stopień naszego zaufania do jego słów, czynów i decyzji na tej arenie właśnie. Ja nie chcę się wstydzić, a jeśli już muszę, to jak najmniej.

        „To określa stan sceny politycznej, skoro nawet takiej konkurencji nie podejmuje.”
        Nie. To skreśla ciebie, i tylko ciebie, ze sceny politycznej. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się bił o atencję kogoś, kto I TAK nie pójdzie zagłosować. Wszystko pójdzie jak krew w piach. Szkoda na takich emocji.

        Jakiś tam procent działań sztabów idzie w kierunku niezdecydowanych, ale w sytuacji walki wyborczej, gdy trzeba realnie walczyć o głosy nawet tych teoretycznie już zdecydowanych (patrz wynik Pawła Kukiza w kontrze do Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudy) zabieganie o głosy olewczych panów z piwkiem przed tv jest zwyczajnie głupie. Ot, targety, jak w marketingu.

        Nie podoba ci się marketing wyborczy? Idź na wybory :), pokaż co o tym myślisz.

        „Ja nie tłumaczę moich praw – to są moje prawa. Olewactwo, lenistwo, strach i robienie tego co chcę.”
        Wszystko wolno, ale nie wszystko się powinno. Podejdź do tego zdroworozsądkowo. Zaangażuj się, co ci szkodzi. Korona ci z głowy nie spadnie, żyłki ci nie popękają a możesz się przysłużyć w tworzeniu społeczeństwa świadomego politycznie i obywatelsko. Tak po prostu i zwyczajnie.

        A tak jeszcze z ostatnich przemyśleń napiszę ci tylko, że z autopsji wiem, że to kuszące jest i niby fajnie być takim anty, politycy to czarne mendy, złodzieje, nie ma na kogo głosować, itd. itp. Tylko, że to jest myślenie szalenie depresyjne i na dłuższą metę szkodzi, powoduje, że przestaje ci zależeć. A komu ma zależeć, jak nie tobie?

        1. „Oczywiście. Bo twoje zdanie i sumienie się w tym momencie nie liczy – nie głosowałeś. Sam spychasz się na margines.”

          Kandydaci są dla mnie tak podobni, że niezależnie od tego który z nich zostanie wybrany – żaden z nich nie zasługuje na głos.

          „Nie mogę się z tobą zgodzić w tej kwestii. Zawsze wynik leży w twoim interesie, nawet jeśli nie jest ci po drodze z kandydatami. Wrócić należy do bolesnego dylematu głosowania „przeciw” – jeśli żaden kandydat ci nie odpowiada, uważam, że należy z własnej strony zastosować „damage control”, stwierdzić który z nich nie pogorszy sytuacji.”

          W jaki sposób prezydent może „pogorszyć sytuację”? Realnie – w naszym systemie wielokrotnej weryfikacji i zamrażania ustaw.

          „weto prezydenckie jest dużo trudniejsze do odrzucenia.”

          I jego zastosowanie wynika bezpośrednio z proporcji głosów w sejmie, której jeszcze nie znamy. Równie dobrze „mniejsze zło” rozpieprzy procedurę legislacyjną vetując wszystkie ustawy obecnej opozycji, jeśli to ona wygra wybory.

          „Ważne też kto będzie naszym reprezentantem na arenie międzynarodowej oraz stopień naszego zaufania do jego słów, czynów i decyzji na tej arenie właśnie. Ja nie chcę się wstydzić, a jeśli już muszę, to jak najmniej.”

          To akurat nieuniknione. Żaden kandydat/kandydatka nie ma przygotowania i/lub predyspozycji do pełnienia roli reprezentacyjnej.

          „Nie. To skreśla ciebie, i tylko ciebie, ze sceny politycznej. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się bił o atencję kogoś, kto I TAK nie pójdzie zagłosować. Wszystko pójdzie jak krew w piach. Szkoda na takich emocji.”

          To w zasadzie powinno zakończyć jakąkolwiek dyskusję. Skoro nie warto to jaki sens mają kampanie wyborcze i w ogóle jakiekolwiek działania marketingowe?
          Argument na zasadzie „to nie nasz produkt jest gówniany/niedopasowany do rynku tylko konsumenci mają złe nastawienie”.

          „Nie podoba ci się marketing wyborczy? Idź na wybory :), pokaż co o tym myślisz.”

          Pokazuję co myślę – nie wybieram mniejszego zła. Czekam aż pojawi się kandydat którego będę w stanie poprzeć z czystym sumieniem.

          „Wszystko wolno, ale nie wszystko się powinno. Podejdź do tego zdroworozsądkowo. Zaangażuj się, co ci szkodzi. Korona ci z głowy nie spadnie, żyłki ci nie popękają a możesz się przysłużyć w tworzeniu społeczeństwa świadomego politycznie i obywatelsko. Tak po prostu i zwyczajnie.”

          Nie zależy mi na społeczeństwie. Zarówno świadomym jak i nieświadomym. Gdyby mi zależało – wziąłbym czynny udział w polityce, czego nie mam zamiaru robić.

          „A tak jeszcze z ostatnich przemyśleń napiszę ci tylko, że z autopsji wiem, że to kuszące jest i niby fajnie być takim anty, politycy to czarne mendy, złodzieje, nie ma na kogo głosować, itd. itp. Tylko, że to jest myślenie szalenie depresyjne i na dłuższą metę szkodzi, powoduje, że przestaje ci zależeć. A komu ma zależeć, jak nie tobie?”

          Nie odczuwam depresji z powodu rzeczy które uważam za marginalne. Poradzę sobie niezależnie od warunków, czy partii rządzącej. To daje mi bezwzględne poczucie komfortu i nie widzę powodu by się angażować.

          1. Dyskusja niedługo stanie się jałowa, obaj mamy poglądy, w których jesteśmy mocno utwierdzeni i raczej nie opuścimy swoich okopów. Jednak kilka słów jeszcze napiszę.

            „żaden z nich nie zasługuje na głos”

            To kandyduj. I to nie jest czcza prowokacja. Był taki jeden w tej kampanii, który wypowiedział twoje słowa, ale postanowił kandydować. Okazał się trzecią siłą, bez zaplecza, bez pieniędzy z budżetu, i to działający na bazie twoich poglądów o politycznej beznadziei i odrzuceniu.

            „W jaki sposób prezydent może „pogorszyć sytuację”?”

            Prezydent to nie tylko ustawy, prezydent to tylko, a czasem aż, wizerunek twojego kraju na świecie. Może go budować, a może też go niszczyć. Napisałeś, że blamaże są nieuniknione, to pewnie prawda, więc dobrze by było, gdyby było ich jak najmniej.

            „Żaden kandydat/kandydatka nie ma przygotowania i/lub predyspozycji do pełnienia roli reprezentacyjnej”

            Zatem, co proponujesz? Zniesienie stanowiska prezydenckiego? Powszechny plebiscyt na kandydatów? Jeśli znasz kogoś kto się nadaje może namów go na kandydowanie. Bo wiesz, wypada by za krytyką poszła jakaś propozycja, żeby ta krytyka była choć trochę konstruktywna.

            „Argument na zasadzie „to nie nasz produkt jest gówniany/niedopasowany do rynku tylko konsumenci mają złe nastawienie”.”

            Myślę, że źle to oceniasz. Wbrew pozorom marketing wyborczy jest w stosunku do ciebie wyjątkowo sprawiedliwy. Oni sprzedają buty, a ty nie masz nóg, więc nawet nie podchodzą do ciebie z tymi butami. Wrócę do przykładu jednego z kandydatów w tych wyborach, który w ramach swojej kampanii starał się pozyskać głosy wyborców niezdecydowanych, ale także tych obiboków wyborczych, którzy na wybory się programowo nie wybierają. Wynik? Rewelacyjny, ponad 20% poparcia. Frekwencja? Ani drgnęła.

            „Pokazuję co myślę – nie wybieram mniejszego zła.”

            Właśnie chodzi o to, że nie pokazujesz, bo twoje czyny są niemierzalne. Nawet pójście i oddanie głosu nieważnego jest mierzalne. Nie pójście nie daje ci nic, oprócz wrzucenia w wykres frekwencji, po tej ciemniejszej stronie ;) „Niepójście” nie jest żadnym protestem, „niepójście” jest „niepójściem”.

            „Czekam aż pojawi się kandydat którego będę w stanie poprzeć z czystym sumieniem”

            Widzisz, dla mnie olanie wyborów bardziej by ciążyło na sumieniu. Kwestia sumienia pewnie.

            „Nie zależy mi na społeczeństwie. Zarówno świadomym jak i nieświadomym. Gdyby mi zależało – wziąłbym czynny udział w polityce, czego nie mam zamiaru robić.”

            No z tym to już nic nie zrobimy. Sam widzisz – nawet jakby się pojawił twój kandydat, kandydat idealny, idealna partia uczciwych, zdolnych, właściwych na swoim miejscu – i tak miałbyś to gdzieś. No cóż, takie jest twoje prawo, ale.. no trochę to jednak chujowe.. tak po ludzku.

            I mocno martwi, szczególnie w kontekście poruszonego przez ciebie sumienia oraz konstatacji stanu polskiej polityki.

            „Poradzę sobie niezależnie od warunków, czy partii rządzącej. To daje mi bezwzględne poczucie komfortu i nie widzę powodu by się angażować.”

            Ja również mam poczucie, że dam sobie rade niezależnie od warunków, i jak dotąd się to sprawdza. To akurat żadna nowość, jesteśmy tak jako gatunek uwarunkowani, by przetrwać. Ale to nie powód by się nie angażować. Nie widzę tu żadnej zależności.

            Trochę tak dziwnie, brakuje mi puenty dla tego wpisu. No cóż zrobić.
            Pozdrawiam serdecznie:)

            1. Aktywne uczestniczenie w polityce niesie za sobą zbyt wiele kompromisów ideologicznych i moralnych. Nie nadawałbym się na polityka, choćby z powodu tendencji do mówienia ludziom wprost co o nich myślę. To się nie sprawdza w działaniach w których reprezentujesz nie tylko siebie i nie tylko ty ponosisz odpowiedzialność za ewentualne porażki.

              Analogię z butami widzę raczej na zasadzie – mamy zimę stulecia, -30 stopni, zaspy śniegu i w tym momencie dzwoni do moich drzwi trzech akwizytorów z sandałami. Wszystko fajnie, ale nie jestem zainteresowany.

              Nie jestem typem społecznika, ani nie czuję „obowiązku” w czymś co w istocie jest przywilejem i korzystanie jest dobrowolne. Płacę uczciwie podatki, ZUS, wykorzystuję instrumenty finansowe i zdolność nabywczą do napędzania gospodarki. Tylko tyle i aż tyle.

  2. No nie zgadzam się z Tobą.
    Kiedyś ludzie za to, by móc głosować ginęli. I choćby dlatego warto tę dupę jednak ruszyć.
    Mówisz, że wszystko Ci jedno, bo to Cię nie dotyczy – o tym jak bardzo się mylisz przekonasz się chociażby (i ja niestety też) jak już dociągniesz do tej siedemdziesiątki i zobaczysz emeryturę w trzech papierkach z królami. Albo nie dociągniesz, bo tfu (nie życzę), zachorujesz i umrzesz w kolejce, bo służba zdrowia będzie jeszcze bardziej zdegenerowana niż jest.

    Jeden głos nic nie zmieni – powiedziała połowa kraju. A gdyby się ruszyła, to na bank by zmienił.

    1. Ludzie ginęli za wolność, a ona polega również na możliwości wyboru czy w ogóle chcę głosować. Jeżeli nie ma kandydata którego mogę z czystym sumieniem poprzeć to czy rzut kostką jest bardziej racjonalny niż opcja wstrzymania się od głosu?

      „Mówisz, że wszystko Ci jedno, bo to Cię nie dotyczy”

      Dlaczego mnie nie dotyczy? Po prostu marginalna funkcja i jakość kandydatów nie skłania mnie do poparcia.

      „(…)o tym jak bardzo się mylisz przekonasz się chociażby (i ja niestety też) jak już dociągniesz do tej siedemdziesiątki i zobaczysz emeryturę w trzech papierkach z królami.”

      Jeśli miałbym liczyć na emeryturę to bym od razu wyjechał, albo zaczął zbierać na ostatnią wycieczkę i zastrzyk w krajach przyjaznych eutanazji. System emerytalny nie działa i to raczej się nie zmieni. Pomijając, że prezydent praktycznie nie ma to wpływu.

  3. Niska frekwencja może i świadczy o kandydatach, ale bardziej – o lenistwie Polaków i ich braku chęci do zmiany obecnego stanu rzeczy. Bo on sam się nie zmieni. Bierność go nie zmieni. Poza tym, ilu głosujących przeczytało programy wyborcze? Ilu poznało sylwetki 11 kandydatów, a nie ślepo śledziło w mediach poczynania 3, w porywach 4? Choć sama nie głosowałam na Kukiza, bardzo cieszy mnie jego wynik. Bo te 20% głosujących dużo lepiej zamanifestowało swoją wolność i swój sprzeciw niż to marudne i leniwe ponad 50%. I tu wcale nie chodzi o głosowanie „nasz – wasz kandydat” czy „za – przeciw”. Chodzi o pokazanie politykom, że Polacy mają głos. Bronek wczoraj nie mógł tego nie zauważyć. I dziś zaczął nowe obiecanki…

          1. Jaki jest populizm w marginalizowaniu „głowy państwa” – to w końcu wybory na miarę miss Polski.
            Brakuje tylko obietnic „pokoju na świecie”;)

            1. No, prawie :) Wybory prezydenckie to chyba jeszcze większy cyrk niż wybory miss, ale ostatecznie miss ma tylko funkcje reprezentacyjne, a prezydent jednak jeszcze czasem sięga po długopis i podpisuje coś, co dotyczy potem każdego z nas. Taka drobniutka różnica, że bez podpisu prezydenta żadna ustawa nie będzie w tym kraju obowiązywać.

              1. Nadal – jego decyzje i chęć do podpisywania będą wynikały bezpośrednio z tego kto zasiądzie w sejmie po wyborach. Nie sądzę by głosował przeciw ustawom forsowanym przez partie z której się wywodzi.

        1. Pytałem o to co może zrobić,a nie czego może nie robić.
          W naszym systemie prezydent ma marginalne znaczenie, które rozdmuchuje się do celów propagandowych na potrzeby wyborów do sejmu.
          Przerabialiśmy już wszystkie warianty i szczerze to żaden nic nie zmienił, ani na gorsze, ani na lepsze.

          1. To, że może czegoś nie zrobić, to jest właśnie to, co może zrobić: może nie podpisać ustawy, która pogorszy sytuację Polaków. Albo poprawi sytuację polityków. Może ustawę zawetować albo skierować do Trybunału Konstytucyjnego. Nie jest ostatecznym głosem, bo jego weto można odrzucić, ale ta marginalna funkcja prezydent w tym kraju to bycie hamulcem – oczywiście racjonalnym i uzasadnionym – zbyt zachłannych działań rządu. I ku temu ma moce i środki, wiec to nie jest wcale marginalne znaczenie. Więc jednak każdy prezydent coś w tym kraju zmienia. Bo pozwala lub utrudnia pracować rządowi.
            A przez 26 lat to jednak wielu wariantów nie przerobiliśmy. Nie w tym kraju – my ciągle powielamy te same błędy.

            1. No i tu mamy podobne wnioski – powielanie tych samych błędów wynika głównie z faktu że od lat na istotnych stanowiskach jest rotacja tych samych osób. Nie widzę powodu by w ogóle głosować póki się ta sytuacja diametralnie nie zmieni.

              1. A ja widzę powód, by głosować. Właśnie po to, by zmieniać. Bo najgorsze, co możemy zrobić, to milcząco zgodzić się na to, co jest.
                Aczkolwiek na dobrą zmianę poczekać trzeba, aż wymrze co najmniej jedno całe pokolenie polskich polityków. A ich wiek emerytalny jakoś nie obowiązuje… niestety.

  4. A moim zdaniem niska frekwencja świadczy o tym, że Polakom się nie chce i trochę też mają uraz do poprzednich kadencji za to, że nic się nie zmieniało. Chociaż patrząc na statystyki, to właśnie po tych wielkich reformach frekwencja się zepsuła.
    Moim zdaniem pójście na wybory to taki sygnał zwrotny dla państwa – okej, jestem obywatelem, zapewniacie mi podstawową opiekę i względne bezpieczeństwo, więc przysłużę się Wam i skorzystam ze swojego obywatelskiego przywileju.

  5. Osobiście uważam, że na wyboru powinno się iść, sama poszłam, ale też rozumiem ludzi, którzy nie idą z takiego poczucia beznadziei właśnie, z myślą, ze te wyboru nic nie zmienią, ze głosowanie między lepszym, a gorszym złem nie ma sensu. To tylko pokazuje jak strasznie dzieje się w kraju.

  6. W tym roku nie wzięłam udziału w wyborach. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Cóż, teraz po prostu o nich zapomniałam. Nie zapisałam się do konsulatu. Nie wiedziałam kiedy się odbywają. Oczekiwałam poczucia wstydu, pozostała obojętność. Cieszę się z wolności wyboru, którego dokonałam. Nawet jeśli zaszło to nieświadomie. Możliwe, że jestem ignorantką. Trudno, przeżyję.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *