Po co mi fanpage

Konto na każdym serwisie, fanpage bloga i codzienna żonglerka linkami i treścią. Tak wygląda moje blogowanie „od kuchni”. W pewnym momencie wypada się jednak zatrzymać i zastanowić – po cholerę.
W czasach, kiedy właściwie jedynym skupiskiem czytelników był Facebook, miało to jeszcze sens. Przydawało się dostosowywanie poszczególnych stron do potrzeb konkretnych grup odbiorców. Teraz wydaje mi się to nieco archaiczne.

Może się wydawać, że nie wszystko co pokazujesz na „profilu prywatnym”, powinno być kojarzone z marką i jej wizerunkiem.
Pomyśl w ten sposób: to twórca jest marką. Nie blog, kanał, czy strona. Ty. Jeśli nie chcesz czegoś pokazać – nie wrzucaj do internetu. Publikując, pamiętaj, że przestało być rzeczą prywatną.
Oczywiście nie wszystko trzeba wrzucać w jedno miejsce. Można przekierować część treści na inne serwisy. Jeśli kogoś interesuje jaką pijasz kawę – zajrzy na Snapchata albo Instagram. 

Kolejna sprawa to cięcie zasięgów i konieczność przebijania się przez innych reklamodawców. Najpierw płacisz żeby pozyskać odbiorców, a potem żeby twoja treść w ogóle do nich trafiła.
Ponad rok temu zrobiłem mały eksperyment: na jakiś czas przestałem wrzucać cokolwiek na fanpage bloga. Zacząłem wrzucać wszystko na mój profil i ustawiłem uprawnienia tak, by wszyscy mogli komentować. Po kilku miesiącach liczba obserwujących wyrównała się niemal z liczbą subskrybentów, a interakcje znacznie wyprzedziły wyniki „wpisów sponsorowanych”.
Oczywistym minusem był brak wykresów i statystyk, do których mamy dostęp z poziomu stron.

Podsumowując ten spontaniczny bełkot – mam zamiar ograniczyć się do publikowania w ramach Facebooka wyłącznie na profilu prywatnym.
W końcu i tak, po ujawnieniu się na Blog Forum Gdańsk 2013 – większość ludzi kojarzy mnie z moim imieniem i nazwiskiem.

Jeśli jeszcze nie macie – dodajcie do obserwowanych

Facebook profile

 

 

 

Komentarze